czwartek, 12 stycznia 2017

Gdybym mógł cofnąć czas cz.2

1msc później


     -Niesubordynacja względem dowódcy karana jest śmiercią!- wykrzyczał Erwin, bezskutecznie próbując wyciągnąć Mikasę z jej pokoju.
     -Mogę umierać, nawet zaraz...
     Erwin westchnął i z politowaniem spojrzał na zgromadzonych wokół niego przyjaciół Mikasy. Na ich twarzach malował się ból. Ból za osoba, ktora im umarła. Nie miał dla tych dzieciaków dobrych wieści. Musiał trzymać się przepisów, nawet jeśliby oznaczało to stracenie jednego z najlepszych zwiadowców w historii.
     -Przykro mi- zwrócił się w kierunku Erena- Jej zachowanie nie pozostawia mi wyboru. Egzekucja nastąpi o godzinie dziewiętnastej na placu głównym. Jeszcze raz, przykro mi.
     Erwin położył rękę na ramieniu Erena i odszedł w kierunku swojej kwatery, zostawiając resztę w totalnym osłupieniu. Nikt nie śmiał się odezwać, ani ruszyć.
     -Mikasa.... - zaczął Jean, jednak nie miał siły skończyć. Jego oczy wypełniły sie łzami.- Mikasa... Proszę
     -To nic nie da - odezwał się Connie, po czym skierował sie w kierunku pokoi zajmowanych przez zwiadowców.
     - Jak śmiesz zostawiać Mikasę? Jak śmiesz odwrac sie od niej?- Jean podszedł do niego i złapał go za kurtkę, po czym przycisnął do ściany.- Możesz przewidzieć jakie to odniesie skutki, kiedy... Kiedy... Mikasy nie bedzie w oddziale zwiadowców.  Co stanie sie z ludzkością, kiedy stracimy jednego z najlepszych żołnierzy?- wykrzyczał Jean prosto w twarz Conniego.
     - Jean, uspokuj się- powiedzial Eren glosem wyprutym z emocji. - Musimy pomyśleć jak wyciagnąć Mikasę z pokoju i odwlec egzekucję.


***

     - Mikasa ma kłopoty- wykrzyczał Eren dosłownie wpadajac do pokoju Leviego
     To co zobaczyl Eren, totalnie go zaskoczylo. Zawsze silny i opanowany kapral... teraz, płakał? Chłopak nie sądził że kiedyś może ujrzeć taki obrazek. Kapral siadział na swoim idealnie pościelonym łóżku, a głowę miał spuszczoną w dół. Z jego brody w równym rytmie na podłogę spadały łzy. Ten widok był tak niecodzienny, że aż nierealny.
     -Kapralu?- z zaniepokojeniem powiedział Eren- Wszystko w porządku?
     Zero odzewu.
     Eren nie wiedział co stało się z kapralem, lecz nie po to tutaj przyszedł.
     -Potrzebujemy pańskiej pomocy. Mikasa jej potrzebuje- zaczął asekuracyjnie Eren.
     Na dźewięk imienia dziewczyny głowa Levi'ego drgnęła. Rękawem otarł twarz z łez i spojrzał na chłopaka. W oczach kaprala było widać ogromny ból.
     -Na Mikasie zostanie przeprowadzona egzekucja dzisiaj wieczorem na placu głównym. Erwin podjął tę decyzję, ponieważ Mikasa nie stawia się na żadne treningi ani zgromadzenia. Najprawdopodobniej zostanie powiesz..
     -Dosyć!- wykrzyczał Levi w przepływie furii- Wynoś się, natychmiast.
     -Ale Kapralu nie możemy zostawić tak Mikasy. Nie możemy pozwolić jej umrzeć.
     -Jeśli nie chcesz wyjść, to ja to zrobię- Levi wstał, wyminął Erena. Sekundy później w całym gmachu dało się słyszeć trzask drzwiami, ktory zostawił Erena w osłupieniu.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Samotny dzień (FrUK)

     Skrycie lubiłem te dni kiedy po powrocie do domu ktoś na mnie czekał, chociaż nie zdarzało się to często. Moje rodzeństwo mnie unikało, a reszta świata widziała jako nieczułego imperialistę sprzed lat. Nigdy nie przyznałbym się przed kimkolwiek, że pusty dom mnie dobija i powoduje zbyt duży napływ wspomnień. Nawet odwiedziny Ameryki były trochę pocieszające, czułem się wtedy lepiej, chociaż wkurzał mnie niemiłosiernie i po kilku godzinach miałem już go dość. Miałem wtedy poczucie, że ktoś o mnie pamięta, ale nie o Anglii tylko o Arthurze. Było to raczej rzadkie.
     Bywały jednak dni kiedy nic z tych rzeczy nie pomagało, a pustka samotności wyżerała od środka. Nic nie mogło wtedy pomóc i zatrzymać wspomnień. Najbardziej bolały te szczęśliwe. Chwile stracone bezpowrotnie. Do złych wspomnień dało się przyzwyczaić, po setkach lat wypracowałem metodę do obrony przed nimi, ale pojawiające się fragmenty szczęścia i świadomość, że nie wrócą i to ja to zniszczyłem, bolały bardziej.
     Dziś był chyba jeden z tych legendarnych dni kiedy nie padało. Wiecznie tonący w strugach deszczu Londyn był kompletnie suchy. Nawet ona nie miała ostatnio dla mnie czasu, a sądziłem, że stolica powinna jednak jakoś pocieszyć mnie na duchu. Mogłem dziś spokojnie posiedzieć w ogrodzie, albo przyciąć róże, dopóki jednak jakaś zbłąkana chmurka nie wywoła kolejnej ulewy. Ostatnio trochę zaniedbałem moje ukochane krzewy, a może bardziej niż trochę. Z tyłu domu miałem już spory gąszcz. Nawet kilka zaprzyjaźnionych wróżek narzekało mi wieczorami na nieporządek. Gdybym tylko nie oddawał temu amerykańskiemu ignorantowi mojego jednorożca. Nie musiałbym przycinać krzewów. Nie wiem dlaczego tak uwielbiał ich liście, ale kwiaty kompletnie ignorował. Nie żeby mi to przeszkadzało.
     Zawsze patrząc na nie myślałem o nim. Nie powinienem czuć czegoś więcej do Francji. Setki lat wojen, sporów i rozbieżnych dróg nie powinny powodować we mnie tego ciepła. Powinienem o nim zapomnieć po pierwszej naszej wojnie, ale jakoś nie potrafiłem, a on umiał skorzystać z okazji. Nie chciałem nigdy myśleć, że mnie wykorzystuje, chociaż wiedziałem, że taka była prawda. Każdy był w jego zasięgu i on z tego korzystał. Po co miałby interesować się kimś takim jak ja na dłużej? Jak już to interesowały go moje ziemie. Chociaż pocieszałem się faktem, że skoro je reprezentuję, to może chociaż odrobinę i ja go interesuję. Pamiętam ja bardzo zazdrosny byłem o każdą, która się wokół niego kręciła. Z mężczyznami nie grał tak otwarcie, ale o nich też byłem zazdrosny. Nigdy go nie zdradziłem, no może prawie nigdy. Te kilka razy z Chinami się nie liczy, to było wtedy bardzo popularne, a Yao wyglądał jak kobieta. Ten jeden raz z Walią też się nie zalicza. On za bardzo nalegał, a widmo buntu jakoś mi nie odpowiadało, zrobiłem to dla dobra i jedności kraju. Kraje nie mają biologicznego rodzeństwa, to nie było kazirodztwo, nie w naszych oczach. Poza tym doskonale wiem jak wyglądają spotkania biznesowe Szkocji i Irlandii.
     Kiedy doszedłem do miejsca, które zwałem domem, zatrzymałem się. Mieszkałem w nim od kilkunastu lat i wiedziałem, że czas na przeprowadzkę zbliżał się wielkimi krokami. Sąsiedzi może i byli mniej wścibscy i zwracający uwagę na innych niż w poprzednich dziesięcioleciach, ale chyba zauważyliby, że się nie starzeję. Dość niechętnie sięgnąłem po klucze, aby otworzyć drzwi.
Dom jak zwykle był pusty. Oczywiście, że był, co ja sobie myślałem? Przecież nikt oprócz mnie nie ma do niego klucza, a raczej nie przyciąga swym wyglądem włamywaczy. Chociaż kto wie co mogłoby przyjść do głowy Ameryce. Rozpocząłem swój mały rytuał. Zdjęcie butów, zaparzenie herbaty, czytanie gazety w ulubionym fotelu, sprawdzenie ogrodu, ścięcie kilku róż i przycięcie gałęzi, czytanie książki z włączonym radiem w tle. Jeszcze stulecie temu nie spodziewałem się takiej monotonii i opuszczenia. Wtedy miałem wciąż nadzieję, że imperium jednak przetrwa. Nie spodziewałem się, że skończę samotnie w Londynie, bez nawet chwili czasu do wyjechania do wiejskiej posiadłości.
     Mój spokój został przerwany przez dzwonek. Nikogo się nie spodziewałem, ale może to coś ważnego? Może przyniesiono mi ważne papiery? I tak zawsze wypełniam je wieczorem.
     Wstałem niechętnie i otworzyłem te cholerne drzwi. Osoba po drugiej stronie bardzo chciała się dostać do środka, bo dzwoniła zawzięcie bez przerwy. Otworzyłem i stanąłem jak wryty. Francis wyglądał oszałamiająco. Z resztą zawsze tak wyglądał, zawsze kiedy przychodził.
     -Witaj Angleterre.
     Wszedł. Po prostu wprosił się do mojego domu. Wyczułem przyjemny zapach jego wody kolońskiej, zawsze używał takiej samej, a przynajmniej jak odwiedzał mnie bez zapowiedzi. Widziałem jak rozgląda się po salonie, ocenia. Nic i tak nie zmieniło się od jego ostatniej wizyty. Odwrócił się w moją stronę z tym wkurzającym uśmieszkiem.
     -Nic nie zmieniłeś, wszystko jest tak samo stare, prawie tak samo stare jak ty.- Zacisnąłem pięści, nie mogłem dać się sprowokować.- Chociaż te róże wyglądają na świeże, ściąłeś je dziś, prawda?
     Skinąłem głową, a on się zaśmiał. Podszedł do mnie w zaledwie dwóch długich krokach i złapał za podbródek, uniósł go i pocałował mnie w usta, natychmiast odwzajemniłem jego ruchy. Od początku wiedziałem, że to do tego prowadzi. Zawsze kiedy był tak ubrany przychodził po to. Kiedyś też przychodził tylko po to, ale wtedy lśniła na nim stal i miecz u boku. Wtedy bałem się mu sprzeciwić, a teraz sam pcham mu się w ramiona. Oderwałem się o jego ust. Oddech miałem przyśpieszony.
     -Sypialnia- wyszeptałem.
     Skinął głową, złapał mnie za rękę i poprowadził na górę. Doskonale wiedział gdzie idzie, bywał tu tak wiele razy, chociaż może za krótko jak dla mnie, ale przecież mu tego nie powiem. Dziś chyba mu się śpieszyło, nie mówił za dużo, nie droczył się, przeszedł od razu do rzeczy. Rzucił mnie na łóżko. Zdjął swoją koszulę, a po chwili zaczął dobierać się do mojej. W tym wszystkim zaczęły umykać mi elementy, takie jak kiedy on zdjął buty, a ze mnie zniknęły wszystkie ubrania. Było jak zwykle, dobrze, przyjemnie, chaotycznie, zbyt szybko. Zawsze powstrzymywałem się od wyjęczenia, czy wykrzyczenia jego imienia, takiej satysfakcji mu nie dawałem. On zresztą nie był dłużny, ale i tak cisza była lepsza niż kiedy miałby mi jęczeć imię kogoś innego. Kiedyś to się zdarzyło, imię jakiejś dziewki, nigdy nie czułem się równie poniżony jak wtedy.
     Leżeliśmy obok siebie i staraliśmy się uspokoić oddechy. Nie przeszkadzałoby mi jakby objął mnie ramieniem, okazał odrobinę czułości, troski, czegokolwiek. Jednak nie mogłem na to liczyć. Zasnął. Przez chwilę wpatrywałem się w niego. Sięgnąłem skopany koc i go nim przykryłem, samemu naciągając na siebie kołdrę. Wiedziałem, ze będę żałować, że nie poszedłem się umyć, rano będę musiał zmyć jego i swoje nasienie z miejsc w jakich na pewno nie powinno się ono znaleźć. Przecież to były od wieków mój wróg, królowie zawsze mnie przestrzegali przed brataniem się z nieprzyjaciółmi. Chwilę wędrowałem myślami do naszej wspólnej przeszłości, za kilka chwil zmorzył mnie sen.

     Obudziłem się w pustym pokoju, zresztą cały dom był już pusty. Westchnąłem tylko. Chyba się do tego przyzwyczaiłem, zawsze uciekał. W głowie pojawiła mi się znów uporczywa myśl, że traktuje mnie jak szmatę, albo darmową dziwkę. Co jeśli zawsze przychodził taki wystrojony, bo ktoś inny go odrzucił? Co jeśli byłem nagrodą pocieszenia? Był prawie pewien, że mu nie odmówię. Zawsze dzień po dopadały mnie te myśli. Wiedziałem, ze nic nie zmienię. Za jakiś czas dłuższy, czy krótszy on znów przyjdzie i spędzimy ze sobą tych kilka chwil przyjemności, żeby uciec zanim jeszcze pokaże się słońce.  
_________
Żyję, nie przywracam niczego, nie chce mi się ;P ~Fryzja

sobota, 13 lutego 2016

[Hetalia] Paradise Lost


Paring: DenNor i SuFin (wspomniany delikatnie HongIce)
Uwagi: One shot
Ostrzeżenia: lekkie yaoi, głównie wspomnienia i rozmowa, chyba nie ma poza tym nic wielkiego
Vampire!AU

     Nie wiem po co tu przyszedłem. Siedzenie w ciemnym klubie nigdy nie było moim marzeniem, ale czuję, że wydarzy się tu coś. Już kiedyś mnie to spotkało, dawno temu, a teraz znów mam to samo znane mi uczucie. Zabawny efekt deja vu, chociaż nie mogłem sobie nawet przypomnieć miejsca, ani epoki. Z resztą nigdy nie było tak jak teraz. Wieczne ukrywanie zaczęło się kończyć. Podobno przygotowywano ludzi na to od lat, tylko po to, żeby teraz móc żyć bezpiecznie i otwarcie w świetle dnia. Głupi starcy. Aż uśmiechnąłem się do siebie. Czasem moje przemyślenia bawiły mnie jak nic innego. Sam miałem wieleset lat, a wyzywałem starszyznę od starców, chociaż część z nich była ode mnie młodsza.
     -Czemu się tak uśmiechasz? Z kogoś się śmiejesz.- Więc potrafił przejrzeć moje uśmieszki.
     Nie rozumiałem nigdy Tino. Od kiedy Ber go przemienił chciał uciec, wyzwolić się z naszej kontroli, a teraz siedzi ze mną jak gdyby nigdy nic. Nie popierałem działań Berwalda, aby na siłę go do nas przywiązać, ale nie miałem pojęcia jak mogłoby potem wyglądać moje życie bez niego. Tylko on mi pozostał. Brat wolał wyjechać i szukać Bera i Matta. Dwójka idiotów.
     -Z naszych staruszków.
     -Tak ciekawie to rozegrali. Nikt nawet nie zareagował kiedy nagle ujawniono nasz sekret na światło dzienne, a nas wystawiono jak na tacy.
     -Łowcy tylko na to czekali. Musieli być zdziwieni decyzją ludzi.
     -Zapewne, ale do czasu kiedy twój brat żyje i my pożyjemy.
     -Dlaczego?
     -Nie zabiją rodziny chłopaka ich jedynego syna.
     -Zapewne.
     -Wiesz bawi mnie to, że chłopak wrócił, nie co że z łowcami na karku to jeszcze złapał ich syna w sidła. Swoją drogą musiał bardzo daleko się zapuszczać, że dorwał sobie Azjatę-nie zareagowałem na jego uwagę.
     -To nie były sidła.
     -Zapewne.
     -Więc ty byłeś sidłami dla Bera.- Chłopak odwrócił ode mnie wzrok i wlepił go w szklankę z alkoholem.- Zawsze sądziłem, że będziesz chciał uciec jak najszybciej, kiedy odejdą, a w szczególności on.
     -Związał mnie.
     -I uwolnił.
     -To nie tak- uniosłem brew.- Wiesz, że można mieć tylko jednego partnera.
     -Jeden jest ci przeznaczony.
     -Tak, znalazłem go.
     -Wiec czemu z nim nie jesteś?- Spojrzał na mnie zadziornie z lekkim uśmiechem.
     -A ty?- spiąłem się nieznacznie na jego słowa.
     -Wiesz, że odszedł, musiał coś załatwić.
     -Mój również.
     -Nie mów, że...- Uśmiech chłopaka zmienił się na smutny i lekko przygnębiony. Westchnąłem głęboko.- Kiedy się zorientowałeś?
     -Kiedy odszedł. Późno, co nie?- znów skinąłem.- Tobie też tyle by zajęło gdybyś nie mógł się z Mattem dogadać.
     -O czym mówisz.
     -Berwald był dla mnie zagadką. Kiedy mnie przemienił, to było przerażające. Chciałem uciec, zostać, błagać go o pomoc, rozszarpać jego ciało i jednocześnie samemu umrzeć. Takie mroczne, zimne i przerażające, za bardzo się bałem na samotne życie, ale z nim nie było lepiej. Dlaczego tak zrobił, nie wiedziałem przez większość życia, nie raczył mi nawet wytłumaczyć tego dlaczego ja, przecież mógł wybrać kogokolwiek. Wiesz, że porwał mnie z lasu podczas polowania. Potem przewiózł na swoje ziemie i dopiero ugryzł. Kiedy jeszcze jako człowiek widziałem co robił, to było straszne, potwornie, nie chciałem taki być, ale on to zrobił. Znienawidziłem go. Kiedy przyprowadził mnie do was, myślałem, że jestem zastępstwem, jakąś rekompensatą, że nie ma kogoś w przeciwieństwie do brata. Widziałem jak patrzył na was. Widziałem zazdrość. Dopiero kiedy odszedł i miałem masę czasu na przemyślenia wiedziałem czemu tak na was patrzy. Nie był zazdrosny o ciebie, czy później o twojego brata, nie chodziło o was, tylko o to jak to działało. Chciał stworzyć coś podobnego, ale tak nieporadnie, że praktycznie przekreślił swoje szanse na sukces. Nie ułatwiałem mu tego, zawsze negatywnie nastawiony. Kiedy nareszcie mnie wypuścił ciągle grałem. Lukas gdyby on się inaczej do tego zabrał, czy wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy nie musieliby odchodzić?
     -Nie zadręczaj się tym, nie zawiniłeś. Dla mnie to też nie było nigdy przyjemne wspomnienie. Przemiana, a kiedy dotarło do mnie kim, czym jestem. Zawsze chciałem się tego pozbyć.
     Może chciałem go chociaż trochę pocieszyć okazać wsparcie, sam nie wiem. Nie cały czas żałowałem. Czułem że powinienem, ale nie potrafiłem. Te lata kiedy spokojnie żyliśmy z Matthiasem. Nawet Bera i Tino zaliczałem do rodziny. Potem mój brat, a raczej daleki potomek mojego brata. Gdyby jego matka nie zmarła nie przygarnąłbym go. W tamtych latach czułem się najlepiej. Nawet kiedy musiałem czasem udawać kobietę, żeby nie wydać naszego sekretu. Może żałowałem, ze musieliśmy przemienić Emila, ale teraz nie miałbym brata. Który zadaje się z łowcami. Znów westchnąłem. Ostatnio znów zaczynałem zbyt dużo o tym myśleć. Cały ten koncept rodziny przez całe moje życie i udawanie. Zbyt dużo tego. Chciałem się napić, ale wtedy z przykrością stwierdziłem, że już nic nie mam.
     -Co jeśli oni nigdy nie wrócą. Nie ma ich od lat.- Spojrzałem na niego. Wyglądał na przestraszonego mówiąc to.-Nie ma ich od kilkudziesięciu lat. Za rok będzie okrągła rocznica, czterdziesta.
     -Co jeśli wrócą.- Tino spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach.
     -Co jeśli on znalazł kogoś innego?
     -Mówiłeś, że to ten jedyny.
     -Ale co jeśli to nie zadziałało w dwie strony? Jeśli kogoś przyprowadzi?
     -Wiesz, że to musi być obustronne.
     -Wiem- szepnął. Po chwili upił kolejny łyk trunku i spojrzał na mnie rozmarzonym wzrokiem.-Nadal pamiętam smak jego krwi, a przestał mnie nią poić ponad wiek temu. Czasem śni mi się po nocach. Może to dziwne, ale jestem wampirem, potrzebuję tego, a to co miał do zaoferowania było zawsze najlepsze. Zawsze miała ładny kolor.
     Widziałem jak niebezpiecznie zatapia się w marzeniach. Wolałem wyrwać go z nich zanim coś złego się wydarzy. Łowcy mieli zezwolenie na zabijanie nas kiedy stawialiśmy się niebezpieczni. Wiedziałem, że muszę zainterweniować, ale dość spokojnie, odwrócić jego uwagę od niedoszłego kochanka. Mogłem przysiąc, że oczy Tino zaczynały robić się pomału czerwone. Odchrząknąłem lekko, zwracając jego uwagę.
     -Podobno mieli dostawę.- Chłopak zmarszczył brwi.-Krwi. Zawsze lubiłeś stąd pić, teraz można robić to tu, na miejscu. Przyniesiesz?- Jego oczy zalśniły, skinął głową i szybko ruszył na zaplecze.
     Westchnąłem głęboko. Odczuwałem głód od dłuższego czasu, ale musiałem się powstrzymać. Teraz krew stała się ogólnodostępnym produktem, tak samo jak parę innych składników, które potrzebowały inne stwory do życia. Może staruszkowie z rady nie mieli takiego złego pomysłu. Chociaż w Paradise Lost zawsze dostępna była krew. Z tego co pamiętam był to pierwszy klub, w którym nielegalnie rozprowadzano krew. Zawsze wiedziało się, że ich źródła są dobre i niezawodne. W dodatku zapewniali dyskrecję, czyli wszystko czego potrzebował dość pokojowo nastawiony do społeczeństwa wampir, aby uniknąć łowców i innych kłopotów.
     Może i siedzieliśmy w dość wyizolowanym i ciemnym miejscu, ale miałem idealny widok na całą salę. Widziałem dokładnie każdego. Jeszcze kilka lat temu, przed ujawnieniem się nas przed ludźmi, pewnie podszedł bym do kogoś, umiałem omotać człowieka, a świeża, ciepła krew to od zawsze luksus, chociaż ostatnio bywało różnie.
     Pośród tańczących zobaczyłem dziewczynę. Nie wiedziałem dlaczego zwróciłem na nią uwagę, ale kiedy się jej przyjrzałem poczułem dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Kobieta była Azjatką i pierwsze o czym pomyślałem to łowcy. Pewnie była z rodziny tego chłopaka Emila. Może przyszła się nas pozbyć, albo ostrzec. Już miałem wstać i ruszyć w poszukiwaniu Tino kiedy odwróciła w moją stronę twarz i uśmiechnęła się drapieżnie. Mogłem przysiąc, że jej zęby zalśniły w słabym świetle i przez chwilę zobaczyłem kły. Poczułem jak moje ciało automatycznie się rozluźnia. Była jedną z nas i zapewne wyszła na łowy. Musiałem przyznać, że gdybym tylko nie tęsknił za moim głupkiem podszedł bym do niej. Miała ładną, zgrabną figurę i krótko ścięte, pofarbowane na szaroniebieski kolor włosy. Skórzane spodnie i krótki czarny top, który wyglądał jakby został wyszarpany jakiejś bestii z gardła, idealnie na niej leżały. Może nawet bym się skusił.
     -Wiedziałem, że uwiesisz na niej wzrok, ma świetną prezencję, aż nie dziwię się jej ofiarom. Spojrzałem spokojnie w kierunku nieznajomego i po chwili zamarłem.- To moja dość dobra znajoma, świetnie się z nią polowało, ach to było coś. Ale spokojnie, nie łączy nas nic więcej. Ona nie gustuje w facetach, ja w kobietach. Ma wraz z przyjaciółkami coś na kształt małego czteroosobowego gangu. Działają tak od setek lat. Wiesz chyba w momencie kiedy ją spotkałem znalazłem kogoś starszego ode mnie- chłopak zaśmiał się. Po chwili spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się zbyt szeroko jak na mój gust.- Nor coś się stało?
     -Ty się stałeś idioto. Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś. Odszedłeś na czterdzieści lat i nagle tak wracasz? Bez niczego dosiadasz się do mnie i zaczynasz do mnie mówić o jakiejś lasce, jakby nic się nie stało.
     -Faktycznie odszedłem dość szybko i niespodziewanie, ale planowaliśmy to z Berem od wieków, w zasadzie od kiedy staliśmy się wampirami.- Zmroziło mnie.
     -Jak to?
     -Chcieliśmy nareszcie go dorwać.
     -Wasz stwórca.
     -Dokładnie.- Matthias usiadł obok mnie i objął ramieniem.- Teraz nam nie zagraża.
     -Jak niby miałby nam zagrażać?
     -Był zbyt potężny, stare i potężne wampiry nie zawsze chcą tego co młodsze kręgi społeczności. W zasadzie wysłała nas na łowy rada.
     -Czemu mi nie powiedziałeś.
     -Nie chciałem was martwić, a w szczególności ciebie.- poczułem jego usta na swoim czole. Całe moje ciało chciało z nim jak najwięcej kontaktu, ale opanowałem to dziwne pragnienie. Musiałem być stanowczy, co było trudne kiedy on mnie obejmował i nie kontrolował najwyraźniej swoich warg.
     -Zostaw mnie idioto. I tak mnie zbytnio zmartwiłeś, a Ber Tino. Jak mogliście zrobić coś takiego, a pomyśleliście o Emilu?
     -To była tajna misja i nie puścilibyście nas samych.
     -Oczywiście, że nie głupku.
     Kiedy Matthias chciał mi odpowiedzieć wszedł Tino. Niósł w torbie kilka butelek, mogłem się spodziewać że zrobi zapasy. Kiedy zobaczył z kim siedzę jego nogi odmówiły posłuszeństwa i gwałtownie usiadł, prawie wypuszczając torbę z dłoni. Patrzył się na Matta wielkimi oczami. Jego oddech przyśpieszył, co był dziwne, bo nie miewaliśmy takich reakcji, bycie martwym raczej pomagało, w byciu nadmiernie spokojnym. Dopiero po chwili zauważyłem, że tak naprawdę chłopak wąchał powietrze, chociaż jak na mój gust trochę zbyt blisko mojego chłopaka.
     -Gdzie Ber- wyrzucił z siebie z trudem.
     -Stoi przed wejściem.- Chłopak gwałtownie zerwał się i wybiegł.
     -Powinniśmy za nim pójść, nie wiem co zrobi.- wstałem i wziąłem torbę z jedzeniem.
     -Nor.
     -Hmmm?
     -Idziemy za Tino, a potem do domu?- Spojrzałem na niego zimnym wzrokiem. Stał lekko skulony z miną smutnego psiaka i jakąś nadzieją w oczach.
     -Tak, pójdziemy do domu, wszyscy.- Zbytnio ucieszył się na moje słowa, więc szybko dodałem.-Ale nie ominie cię kara za tak beztroskie porzucanie mnie.  

________________________________
Chyba mogę to uznać za obiecane coś na 1000 wejść ;D
Tytuł wziął się z braku pomysłu, a że do tego zainspirowała mnie akurat piosenka o takim tytule to stwierdziłam, że będzie idealnie. Jeśli ktoś byłby ciekawy, ale nie wiem czy jedno wiąże się aż tak z drugim, dlatego daję to tu, nie ma górze GAIN(가인) Paradise Lost
Szczerze to napisałam to w nocy i specjalnie nie wrzucałam wtedy, aby posprawdzać w dzień błędy. Chyba nie jest źle. Jeśli ktoś jest zaznajomiony może zauważyć małe podobieństwo do True Blood, a chodzi o ujawnienie się wampirów i na tym podobieństwa by się skończyły. ~Fryzja

poniedziałek, 28 września 2015

Kawa (bardzo krótki DenNor)

Kawa, DenNor, eeee...yaoi?
 nie ma chyba nic niebezpiecznego, ale co ja tam się znam, nie mnie to oceniać


     Dom jak zwykle był zimny. Zawsze o tej porze roku z rana było zimno, zbyt zimno. Dania od wieków nie przebywał w typowym, nordyckim klimacie. Chociaż zaliczany do skandynawskiej rodziny rzadko kiedy doświadczał mrozów porównywalnych z resztą. Przeklinał zimno otaczające go zewsząd i długie schody prowadzące do sypialni. Dodatkowo towarzyszył mu zapach kawy, której tak nie cierpiał. Nie wiedział dlaczego jego ukochany tak ją uwielbia. Śmierdziała, a w dodatku miała negatywny wpływ na zdrowie. Może kraje zdrowie nie obchodziło, ale to nie zmienia faktu, że dodatkowo jest ohydnie gorzka. Bez kilku łyżeczek cukru i mleka nawet nie nadawała się do picia.
     Ostrożnie otworzył drzwi i wszedł powoli do sypialni. Na ogromnym łóżku leżał zawinięty w całą masę kołder Norwegia. Nigdy nie był rannym ptaszkiem, a w szczególności zimą. Dania postawił kawę na szafce i delikatnie odsłonił kołdrę. Blond włosy młodszego było rozrzucone po całej poduszce, a oddech niezwykle spokojny. Wyglądał jak zamrożony, piękny anioł, duch, którym po części był, nierealny, przeczący swoim istnieniem logice. Dania nie mógł się powstrzymać, aby nie dotknąć jego bladego policzka, trwało to zaledwie chwilę. Delikatnie złapał jego ramię i potrząsnął.
     -Norge, wstawaj. – odpowiedział mu niezadowolony pomruk.-  Norge spóźnimy się na samolot.
     -Daj spokój, jest mój, po co mi prywatny samolot, jeśli bym nim nie leciał, poczeka na nas.- Dania westchnął.
     -Musisz wstać, spotkanie.
     -Nie obchodzi mnie ono. Będzie takie samo jak cała reszta.   
     Młodszy naród wyrwał kołdrę z rąk Duńczyka i przykrył się szczelniej. Nie miał zamiaru jeszcze wstawać, było zbyt wcześnie. Pal licho samolot, spotkania i inne rzeczy. Chciał spać, nic więcej. Starszy naród musiał użyć sposobu.
     -Więc będę musiał wylać tą pyszną kawę.
     Na Norwegię te słowa zawsze działały jak płachta na byka. Błyskawicznie usiadł i spojrzał morderczo na blondyna. Jak śmiał wylewać napój godny bogów? Dlaczego? Już sam fakt, że go nie lubił był zastanawiający, ale żeby go wylać?
     -Jesteś idiotą.
     Wziął szybko napój w dłonie i skosztował. Był wyśmienity jak zawsze. Dania wiedział co lubi najbardziej. Nie raz zastanawiał się jak to jest, że osoba tak bardzo nielubiąca kawy może robić ją tak dobrze. Nawet nie był świadomy, że kiedy ją pije zawsze się uśmiecha. Po chwili kontemplacji wybornego smaku spojrzał uważnie na ukochanego.
     -Dlaczego zawsze robisz ją tak wcześnie, przecież nie lubisz zimna, ani kawy. Jak osoba tak bardzo gardząca tym wspaniałym napojem może dzień w dzień go przygotowywać?- Dania uśmiechnął się lekko.
     -Czy to ważne? Masz wypić tą kawę, samolot czeka.
     Po tych słowach wyszedł. Dostał już nagrodę za znoszenie zimna tego przeklętego domu i smród kawy. Uśmiech szczęścia jego ukochanego rekompensował wszystko.


niedziela, 25 stycznia 2015

[SnK] Alkohol nie jest niczym dobrym cz.2



Levi z niemałą złością musiał wstać o brzasku, przecież nikt nie przypilnuje tych idiotów, w szczególności tego dzieciaka Erena. Cholera. Jak ona spojrzy temu dzieciakowi w oczy? Przespał się z jego przyrodnią siostrą? Dziewczyną? Obrońcą? Stalkerem? Sam nie wiedział jak ta relacja przebiegała. Powinien wybrać sobie Hanji, chociaż pewnie ona zostałaby do rana i zechciała przekonać go do szaleńczego planu wyprawy za mury…
Niestety musiał się ubrać i zejść na dół, ciekawe czy ktoś po dość ciekawym wieczorze, a dla niektórych również nocy miał siłę i chęci wstać i zrobić mu herbatę. Niestety wchodząc do kuchni trafił na źródło swoich małych problemów i kogo by innego, Erena. Brunet jak tylko go dostrzegł stanął na baczność, a jego ręka zapewne miała za chwilę wykonać ten bezsensowny dla kaprala i szybki ruch w stronę piersi, zignorował go. Spojrzał przelotnie na Mikasę i usiadł, za chwilę i tak dostał herbatę.
Niektórzy mogliby się wykłócać co do napoju, który pije kapral, przecież to nie była herbata, tylko zwyczajny napar. Wszyscy zwiadowcy wiedzieli jednak, że napoju kaprala lepiej nie nazywać naparem, ani niczym innym, to herbata i koniec.
Levi cały dzień ignorował Mikasę i Erena, z resztą tak jak zawsze, tylko dziś zwracał na to uwagę, co raczej było odwrotnym skutkiem do zamierzonego. Jednak unikanie konfrontacji na nic się zdało. Całkowicie zapomniał o wieczornych ćwiczeniach Mikasy i spotkał ją na korytarzu. Dziewczyna patrzyła się na niego nie zmieniając wyrazu twarzy. Kapral i młoda zwiadowczyni nadal na siebie patrząc skinęli głowami na znak porozumienia.
           To co jest w korpusie zwiadowców, pozostaje w korpusie, a alkohol nie jest niczym dobrym.     _______________________________________________________________
Dobra to ta druga część, jak ktoś się spodziewał (albo wgl czytał) czegoś długiego i takiego WOW to chyba się zawiódł. Miał być one shot ale 'ktoś' mnie prosił o two shot to ma ^^ ~Fryzja (i nie napisała tego co miała - Lost Centaury - co ja z tobą mam)

czwartek, 15 stycznia 2015

[SnK] Alkohol nie jest niczym dobrym cz.1



 Paring: Mikasa x Levi


Mało kto nie spał wczesnym rankiem w kwaterze zwiadowców, wyjątkiem była chyba tylko Mikasa, która nerwowo poprawiała szalik. Miała wrażenie, że ten zaczyna ją dusić i delikatnie palić w skórę. Wiedziała, że to tylko złudzenie, ale nie potrafiła się powstrzymać przed ciągłym poprawianiem czerwonego, jakże niewygodnego fragmentu materiału.
                Odwróciła się nerwowo i spojrzała w mrok. Nikogo nie było. Skarciła się w myśli za takie głupoty i szła dalej do swojego pokoju, w którym powinna spędzić noc. Powinna spać teraz w swoim wąskim łóżku i obudzić się o brzasku, trenować aż do śniadania i później posprzątać wszystko zgodnie z rozkazem. Powinna.
                Wślizgnęła się szybko do pokoju i rzuciła na łóżko nawet nie się przebierając i tak będzie musiała zaraz wstać. Starała się bezskutecznie wymazać z pamięci zdarzenia ostatniej nocy. Co ją podkusiło do czegoś takiego? Dlaczego musiała to zrobić z kimś takim? Przecież Eren był dla niej najważniejszy w życiu, każdy to wiedział. Nawet Jean ostatecznie dał sobie spokój widząc jej brak zainteresowania.
                Wiedziała kto, a raczej co ponosiło winę. Alkohol wśród żołnierzy powinien być czasem surowo zakazany, a ona jako dość trzeźwa musiała odeskortować niektórych do ich pokoi. Tylko skąd mogła wiedzieć, że Levi udaje? Chciała zwalić na procenty to, że tak łatwo mu się oddała. Źle się z tym czuła nawet jeśli miałoby do czegoś dojść to dlaczego tak szybko? Tylko jakie on potrafił rzeczy wyczyniać w łóżku. Nie, tego nie mogłaby zapomnieć.
                Chyba każdy słyszał plotki o dołączeniu Leviego do oddziału i jego wcześniejszym życiu. Mało kto wierzył w to, ale jedna z plotek mówiła, że kapral kiedyś był bardzo uzdolnioną prostytutką. Mikasa wiedząc, że to nie prawda po dzisiejszej nocy mogłaby jednak zostać zwolenniczką tej teorii.
__________________________________________________________
 Witam wszystkich tym cóż chyba fanfickiem, tak myślę... Może nie przepadam za tym paringiem, ale czymś trzeba zacząć, więc miłego czytania ;D ~Fryzja 

Gdybym mógł cofnąć czas

Tytuł: Gdybym mógł cofnąć czas

Paring: Mikasa x Levi

Część: 1



- Hanji błagam! – Jęknął Levi po raz setny tego dnia
- Powiedziałam Tobie, że się z tobą nie prześpię, Levi- Zakończyła dyskusje Hanji
Niepocieszony Levi wyszedł z pokoju Hanji trzaskając drzwiami. Nie był zadowolony z tego jak się to potoczyło, że nie dostał tego, czego chciał. Przecież był normalny facetem i było to oczywiste, że jego żądzę prędzej czy później dojdą do głosu. Przecież to tylko seks, myślał Levi...
Oparł się o ścianę i uderzył w nią pięścią. Kurwa. Biednemu to zawsze wiatr w oczy. Dlaczego Hanji mu odmówiła? Przecież znali się od tylu lat. Takie myśli zaprzątały głowę Leviego dobra dziesięć minut zanim ocknął się z letargu.
- Kapralu, wszystko dobrze? – Zapytała Mikasa
Levi spojrzał na nią krytycznie, czyli swoim normalnym wzrokiem. Była niska, niższa nawet od niego, co było dużym osiągnieciem. Mimo swoich małych rozmiarów i słodkiej buźki potrafiła wyrżnąć poł tuzina tytanów za jednym zamachem. Niebezpieczna, co? Uśmiechnął się Levi. Zlustrował ją wzrokiem od góry do dołu. Nie była brzydka. Była unikalna zarówno pod względem swojego pochodzenia jak i wyglądu. W końcu ostatnia potomkini Azjatów. Rzadko zdarza się taki okaz
- Możesz mi pomóc, Mikasa? – Zapytał Levi pociągnął ją za rękaw kurtki do jej pokoju.
***
- Erwin, co tu się do jasnej kurwy dzieje? – Levi omiótł wzrokiem całą zebraną na placu hałastrę zwiadowców, salutujących Erwinowi.
- W związku z ostatnio poniesionymi stratami muszę przegrupować nasze szeregi. Utworzyć nowe zespoły. Nie martw się Levi, dostaniesz samych najlepszych obiecuję.
Levi nie był jednak zachwycony. Wiedział, kim są sami najlepsi i kto w nich będzie. A nie miał zamiaru patrzeć Mikasie w oczy. Nie po tym, co zrobił. Czego się dopuścił. Nie po tym jak słyszał jak błagała go żeby przestał. Jak mówiła, że nikomu nie powie, tylko przestał.
Po tym jak Levi opuścił pokój Mikasy, długo nie mógł zasnąć. Nie wierzył, że dał się zawładnąć zwykłym ludzkim pożądaniem. On? Wiecznie opanowany kapral Levi, dał się ponieść emocją.  Zwłaszcza, że czuł teraz do siebie obrzydzenie, a wiedział, że Mikasa musi się czuć jeszcze gorzej.
- Levi!- Zawołał Erwin, podał kapralowi spis jego nowych rekrutów- Podpisz dokumenty i zaraz możesz ich zabierać d siebie
Levi omiótł listę zwiadowców. Eren Jeager, Armin Arlert, Jean Kirstein, Connie Springer... Mikasa Ackerman. Kurwa. Miał ochotę podrzeć papiery Erwin i iść płakać w jakiś kąt. Jak będzie znosił obecność dziewczyny, którą... którą.... Nawet nie chciał ubierać tego w słowa.
                Kapral musiał naprawić. Wiedział jednak, że jego relacji z Mikasą już nic nie naprawi
***

                -Mikasa? Mikasa, otwórz? –Krzyczał Eren przez drzwi – Martwimy się. Wszyscy.
                -Idź sobie – szepnęła Mikasa, którą ledwie było słychać zza drzwi.- Nic mi nie jest.
                - Mikasa błagam, otwórz – Krzyczał z rezygnacją Eren – Były przydziały do drużyn. Jesteśmy razem z Arminem, Jeanem i Conniem u Leviego. Zajebiście, nie?
                W tym momencie, kiedy Eren wypowiedział te słowa z pokoju Mikasy dobiegł dźwięk tłuczonego szkła
                - Mikasa! – Wrzasnął Eren
                Drzwi otworzyły się z hukiem. Eren ujrzał we framudze Mikasę. Dziewczyna wyglądała koszmarnie. Podkrążone oczy. Obszarpane ubranie. Widać było, że była w fatalnym stanie. Tylko, co było tego przyczyną, zastanawiał się Eren.
                - Mikasa? – Chłopak przeraził się stanem swojej przyjaciółki – Mikasa, błagam mów, co się stało! Pójdziemy do kapra....
                - Nie! – Wrzasnęła Mikasa – Nigdy więcej nie pójdę do tego skurwysyna! Nigdy! Rozumiesz!

                Znowu zamknęła się we własnym pokoju, a Eren osunął się po ścianie, zastanawiając, co spowodowało tak skrajne emocje u jego nad wyraz opanowanej przyjaciółki i co miał z tym wspólnego Levi?
______________________________________________________________________________
Witam Was, moich (mam nadzieję) czytelników, pierwszą częścią opowiadania. Mam nadzieje, że się Wam spodoba. Nie ukrywając ten paring jest moim ulubionym, więc spodziewajcie się dużo opowiadań z tym paringiem. Nie będę już przynudzać.